YoonioR's Quake Page






Stories


Main Page | News | Mirrors | QuakeToys | Console | Servers
Players | Links | Help! | FAQ | Screenshots | Stories | Credits


Fugazi.
Chris




Sobota. 21.35

W kasynie śmierdziało papierosowym dymem i ludzkim potem. Klimatyzację szlag trafił chyba całe wieki temu. Muzyka i dźwięki wybuchów wyciskały z mózgu resztki myśli. Z trudem przeciskałem się przez tłum kłębiący się wokół automatów. Jakaś naćpana gówniara przed wejściem utytłała mi kurtkę fosforyzującą karminową szminką. Takie rzeczy nigdy nie poprawiają humoru. W „Arenie" zawsze było tłoczno, ale dzisiejszy wieczór przejdzie chyba do historii. Telebim zapłonął jaskrawą żółcią, grzmot zagłuszył na chwilę wrzawę tłumu - ktoś najwyraźniej trafił statek matkę w „Marsjańskim Żołnierzu". Nieźle - dwie stówy jak nic. Przez moment przed oczami błysnęła pomarańczowa grzywka zwycięzcy - rozochocona gromadka przesuwała go ponad głowami w stronę baru. Za chwilę odbierze nagrodę, w ciągu góra dwóch godzin i tak wszystko przegra, przećpa lub przepije ze swym towarzystwem. To jakiś dupek - zawodowcy nie grają w sobotę. Błysnęło purpurą. „Panthers in the rain". Czwarty poziom. „Mission failed" ryknął głośnik i zacharczał marszem pogrzebowym. Swastyka na ekranie zniknęła w kłębach eksplozji. Odruchowo poprawiłem okulary.
Barman poznał mnie i zamachał ręką. Jest Dziadzia ? Bezgłośnie poruszyłem ustami. Kiwnięcie głową. Zwrot o 90 stopni. Kilka metrów w stronę drzwi na zaplecze. Ścisk przy konsoli. Dwóch pijanych nastolatków kłóci się o ostatni żeton. Rzut okiem na „Tekken 4". Niezły mały, dobrze młóci ale daleko mu do czołówki. Niepotrzebnie gra Jurgenem.
Odetchnąłem z ulgą gdy dźwiękoszczelne drzwi uwolniły mnie od ryku panującego na sali. Rozejrzałem się po wnętrzu mrużąc oczy. Półmrok klubu był rozkoszą w porównaniu z jarzeniowym oświetleniem zaplecza. Dziadzia, odwrócony plecami zawzięcie dłubał w automacie Optimusa.
- Cześć!
Zaskoczony odskoczył na bok wywracając pudło pirackich kompaktów. Srebrne płytki rozsypały się z brzękiem po podłodze.
- Kiedy wreszcie oduczysz się skradać ? Przestraszyłeś mnie. - Zamruczał wycierając ręce w brudny ręcznik.
- Przestaniesz być taki nerwowy jak pozbędziesz się tego lewego gówna. - Wskazałem na krążki i wyciągnąłem rękę na powitanie.
- Odkąd się zrobiłeś taki czyściutki ? Za dużo kasy, czy co? - Jedną ręką usiłował zebrać porozrzucane płyty -Chyba nie... Inaczej byś nie przyszedł. Jak łowy ?
- Nędza! Od dwóch miesięcy nic. Po prostu nic! Odkąd Zoe podciągnął mi tę małą od wyścigów nie mogę się wstrzelić. Cholera, a już miałem na nią kontrakt z Metropolis.
- Słyszałem, słyszałem.... Swoją drogą to był prawdziwy talent. Podszlifował ją trochę i puścił do IPS-u. Mała nieźle daje w Lidze. Od tygodnia jest w krajowej dwudziestce. I uważaj - kręcą się wokół niej kolesie z Sierry.
- Tak czułem...Kasę wyczuwam na kilometr. Wiesz, śledziłem jej gry przez trzy miesiące. Grała w takich dziurach, że nie sądziłem aby ją ktoś wytropił. Rozumiesz, ruskie i chorwackie serwery...
- No... i co ?
- I gówno. - Zapaliłem papierosa. Dziadzia uzmysłowił mi to co od dawna chodziło mi po głowie. Kończę się. Od miesięcy nie wprowadziłem nikogo do Ligi, a przynajmniej nikogo kto by odnosił sukcesy. Tych paru łebków, których obsadziłem w lokalnych rozgrywkach to zwykłe gówno. I gówniane pieniądze. W tej branży zasady są proste - nie masz rezultatów, nie masz forsy. Nie masz forsy - nie masz sprzętu, układów i dojść, powoli stajesz się nikim. Czasami zaczynałem żałować, że zacząłem łowić na własną rękę. Teraz kiedy patrzę w lustro przestaję wierzyć, że byłem kiedyś łapaczem Microsoft-u.
- Nie przejmuj się. Mam chyba kogoś na kim odbijesz się od dna. - Widząc moje zainteresowanie Dziadzia zmrużył oczy. - Patrząc jak gra pomyślałem, że sam mógłbym spróbować. Ale... Cóż, jestem za cienki. Prędzej czy później i tak ktoś by mnie przekręcił. Ty możesz dać radę. Ale... Tym razem odpalasz 20%.
Dziadzia wrócił do pracy. Pomimo że zatrudniał kilku serwisantów uwielbiał sam grzebać w sprzęcie. Nie śpieszył się z wyjaśnieniami.
- Podaj młotek - warknął zza rozbebeszonego automatu. Szarpnął za pęk kabli - Co za gówno... nigdy nie dojdę z tym do ładu. Sypią się jeden za drugim...
- Czy wyglądam na kogoś kto ma czas na pierdoły. Streszczaj się... W czym jest dobry?
- We wszystkim. A szczególnie w efpepach. Nazywa się Magnus - przychodzi co wieczór i gra dla pieniędzy. Prawdę mówiąc marnuje się dla tych paru groszy. Masz tu jego wyniki meczów. Quake. Monitoring z zeszłego tygodnia.
Pomięta kartka komputerowego wydruku pomknęła w moją stronę. Wystarczył jeden rzut oka.
- Biorę go.


Sobota. 23.55

- Możesz zostać bogatym człowiekiem. Bardzo bogatym. To zależy tylko od ciebie. Potrafiłbym przepchnąć cię wysoko. Najwyżej! Możesz czekać na kolejną Gambleriadę, na Techmeeting czy Labirynt. Na cokolwiek. Może cię ktoś zauważy, a może nie. Jeśli wejdziesz ze mną w układ ten cały shit będziesz miał za sobą. Sam mówiłeś że próbowałeś. Ze mną nie musisz próbować. Wjeżdżasz od razu na górę. To co mówił Dziadzia jest prawdą. To stare czasy, ale na szczęście zostały mi kontakty...
Kłamałem, kłamałem jak pies. „Kontakty" już dawno kopnęły mnie w dupę. Przynajmniej te bardziej znaczące. Na większych imprezach mogłem się w ogóle nie pokazywać. Pełno było tam psów z branży i wolnych strzelców, takich jak ja. Odkąd każda licząca się firma miała własne drużyny, kto tylko mógł łapał się za łowienie talentów. Pozostało mi tylko smętne przeszukiwanie Internetu i kasyn. To co pokazał ten dzieciak było warte każdego kłamstwa. Lekko licząc warte 50 tysięcy.
Jeszcze się trząsłem po meczu. Mój hełm był przepocony jak ciało dziewicy po jej pierwszym razie. Musiałem się rzucać w uprzęży bo plecy bolały niemiłosiernie. Czułem że się zaraz zrzygam. W skostniałej dłoni z trudem trzymałem butelkę Grolsha. Mały nie wypiął się jeszcze z uprzęży, kołysał się jak wahadło zegara szczerząc kły w drwiącym uśmieszku. Miał powody. Na muny04 byłem bez szans. Walił rakietami jak wściekły. Próbując uników czułem się jak mucha w smole. Krótko: 100 - 32. Na ds5 - swoją drogą co za dureń nazwał ją Psie pola - trochę lepiej. Po klockach zatopionych w lawie skakał jak małpa. Tam przycinałem go najczęściej. Na otwartych przestrzeniach czuł się wyraźnie gorzej... I tak nie pomogło. Tym razem 100 - 56. Betox - jeśli dobrze mnie rozumiecie, to ani razu nie wszedłem na górę. Ani razu! Zero. Równie dobrze mogłem być niemowlakiem Rozwaliłby mnie z taką samą łatwością. Nie widziałem jeszcze żeby ktoś tak grał. A widziałem już w życiu niejedno... Gdy go przełączyliśmy na salę skończył dwa kolejne mecze w pierwszej piątce. To nieźle, tym bardziej że już na początku zauważyłem jak był naćpany proheptazyną. Po same uszy.
- Jeśli na to idziesz, podpisujemy papierek i w ciągu 24 godzin grasz na najlepszych trening-serwerach w tym kraju. Z najlepszymi botami. Z możliwością symulacji najlepszych konkurentów. Aha...- Pogrzebałem w kieszeniach. - I dwa kawałki na dobry początek. Wchodzisz?
Odbił się piętami od ramy stanowiska i sięgnął po pieniądze.


Trzy tygodnie później

Dostał najlepszy sprzęt i programy. Trenował 10-12 godzin dziennie, a wyniki przerosły moje oczekiwania. Od tygodnia nie przegrał meczu z żadnym amatorem. Przekupiłem administratora IPS-u i załatwiłem pełny cykl treningowy z ich teamem. W końcu są z pierwszej krajowej piątki. I co? Magnus tak skopał im tyłki, że facet oddał pieniądze. „Jest za dobry - to się wyda i wyleją mnie z pracy". Tak powiedział. Poważnie. Rezerwowych z kadry Multi-Techu rozstrzeliwał jak kaczki. W końcu ich trener - zresztą mój dobry znajomy - kazał mi spieprzać bo „psuję morale jego chłopaków". To wystarczyło żebym się poczuł jak właściciel złotej kaczki. Rozesłałem jego dema do wszystkich ważniejszych klubów. Dałem ogłoszenie do oficjalnego biuletynu Ligi. Pomimo martwego sezonu (wiecie: wakacyjna przerwa) oferty posypały się błyskawicznie. Co z tego, kiedy nikt nie grzeszył hojnością Za dużo zainwestowałem, żeby sprzedać małego za psie pieniądze. Czekałem... I wtedy przyszedł ten facet. Mały kurdupel o szczurzej twarzy, z brązowym przetartym neseserkiem. Reprezentował firmę o jakiej w życiu nie słyszałem. Mówił, że mają trzecioligową drużynę, która reklamuje ich produkty. Że interesy idą kiepsko, że postanowili zainwestować w swój team. Takie tam pierdoły. Szukali ostrego zawodnika, a mój mały wpadł im w oko. Przyznaję - chciałem go spławić. Magnus był za dobry na to by zaczynać w jakimś gównianej trzecioligowej drużynce. Wyprosiłem faceta za drzwi, a on stojąc na wycieraczce wcisnął mi do ręki karteczkę prosząc abym się jeszcze zastanowił. Zerknąłem na nią i... Zastanowiłem się. Błyskawicznie. Nigdy w życiu nie widziałem tylu zer w ofercie za zawodnika. A z przodu była jeszcze dwójka. Jezu! Za taką cenę mógł kupić pół kadry dowolnej firmy. Słowo daję! Nie zauważyłem, albo zaślepiony fortuną nie chciałem zauważyć, że sprawa śmierdziała. Cholernie śmierdziała.
Tego samego wieczoru dostałem forsę. Połowę w gotówce, resztę w nierejestrowanym bioRAM-ie. Magnus odjechał ze „Szczurkiem", a ja zacząłem planować największe zakupy swojego życia. Nie ma nic bardziej rajcującego niż wydawanie pieniędzy. Szybko o wszystkim zapomniałem. Za szybko. Tym bardziej, że w ciągu kilku najbliższych tygodni nie trafiłem na żaden ślad, który przekonałby mnie, że Magnus rzeczywiście gra w Lidze.


Niedziela. Kilka minut przed północą.

Obudziło mnie silne kopnięcie. Drugie poderwało z łóżka, a trzecie przesunęło pod okno. Gdy pozbierałem się na tyle aby podnieść głowę zauważyłem że było ich dwóch. I jeszcze jedno... Wylot lufy. Był gwintowany. I był blisko. A to oznaczało kłopoty.
- Byłem niegrzeczny? - Napastnik najwyraźniej nie był skory do żartów. Pożałowałem sarkazmu kiedy kolejny kopniak posłał mnie w stronę drzwi.
Otarłem krew z rozbitej wargi. Trafiłem na kogoś kto lubi amerykańskie wojskowe buty. Znałem tylko jedną taką osobę.
- W czym problem Magnus ? Masz ciężki dzień i chcesz z pogadać ze starym kumplem? Dobra, dobra... - Wyciągnąłem ręce aby zasłonić się przed kolejnym kopnięciem. Rozmyślił się... Zamiast tego zapalił światło. Był bardziej wkurzony niż myślałem. Wściekłość i narkotyki wprowadziły go w wibracje, które bynajmniej nie przeszkadzały mu w celowaniu.
- Powinienem rozwalić ci łeb ! Ty cholerny sukinsynu ! Zapomniałeś powiedzieć że tam giną ludzie...
- Oszalałeś ? Co ty pieprzysz ? - Sytuacja stawała się groźna. Jeszcze chwila a ten naćpany kretyn rzeczywiście wpakuje mi kulkę. Bałem się. I bałbym się jeszcze długo gdyby ten drugi nie przerwał zabawy. Spokojnie przemaszerował przez pokój, wyjął broń z ręki Magnusa i schował do kieszeni.
- To nie będzie potrzebne. - Uśmiechnął się w moją stronę. -Nie teraz. Jest pan przecież rozsądnym człowiekiem. Proszę się ubrać i nie robić głupstw. Na dole w samochodzie czeka ktoś, kto nie lubi długo czekać. A robi to już od pięciu minut.
Nawet gdyby chciał mnie uspokoić to mu się nie udało. Ubierałem się powoli, a on przeszukiwał każdy fragment mojej odzieży. Nie pozwolił założyć paska. Czubkiem palca przejechał po grzebieniu znalezionym w kieszeni koszuli.
- Nie uwierzy pan, ale znam ludzi, którzy potrafią tym poderżnąć gardło. -Grzebień poleciał w kąt pokoju, a nieznajomy zajął się podeszwami butów. - A my nie lubimy widoku krwi. Prawda?
Kiedy zeszliśmy na dół bez słowa wskazał mi zaparkowaną elegancką limuzynę. Razem z Magnusem wsiedli do samochodu stojącego za nią. Stałem bezradnie na środku ulicy i zastanawiałem się jakie szanse miałaby próba ucieczki. Zerwałem się do biegu. Niepotrzebnie.
Musiałem idiotycznie wyglądać kiedy chwilę potem z jednym kapciem na nodze, w podartej koszuli i z opadającymi spodniami zostałem wepchnięty do Lincolna.


Pół godziny później

- My nie zabijamy ludzi. To oni zabijają się dla nas... A raczej dla pieniędzy. Biznes jak każdy inny, tyle że my traktujemy deathmatch bardzo dosłownie. Skoro są ludzie, którzy słono płacą za tego typu przedstawienia...to znajdują się też aktorzy. My również mamy swoich łowców talentów. I swoje metody. Poza tym bardzo dobrze płacimy. Nasza hm... liga także potrzebuje gwiazd. Jak dotąd byli to zwykli degeneraci. Psychopaci, narkomani, nieudacznicy, którzy wpadli w finansowe kłopoty i łudzili się że po jednym meczu ich los się odmieni. Cóż... Tych ostatnich pochowaliśmy najwięcej. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że pana sprawa jest tu czymś wyjątkowym. Ale cóż... Nic nie mogę zrobić. Magnus jest dla nas bardzo cennym nabytkiem, przynosi nam ogromne dochody i sam pan rozumie, że czasem musimy spełniać jego zachcianki. A on chce żeby uczestniczył pan w dzisiejszym spotkaniu. Zresztą nie możemy zawieść naszych gości. Naprawdę bardzo ważnych gości. Gości którzy uwielbiają Magnusa i gotowi są zapłacić każdą cenę aby móc go podziwiać. Sam pan rozumie, że ze względu na hm... delikatność sprawy zorganizowanie takiej sesji jest dosyć pracochłonne i kosztowne. Pańska odmowa naraziłaby nas na bardzo poważne straty, dlatego nie wchodzi w grę.
Pochylił się aby napełnić kieliszek szampanem. Gestem zachęcił mnie abym zrobił to samo. Pokręciłem głową. Parszywy sukinsyn! Grzeczny, miły, pretensjonalnie przyjacielski. Wiedział że nie mam wyboru i najwyraźniej świetnie się bawił.
- Może odrobinę kawioru? Proszę się nie krępować. No cóż... Rozumiem. - Brzęknęła srebrna łyżeczka. Delektując się smakiem kontemplował najwyraźniej widoki rozciągające się za oknem pędzącego samochodu. Chcąc nie chcąc robiłem to samo, chociaż nie wiem co fascynującego jest w jednostajnej czerni lasu przetykanej nielicznymi światłami. Spojrzał na zegarek.
- Tak... Za kilka minut będziemy na miejscu. Mam nadzieję że nie sprawi nam pan zawodu.
- Skąd ta pewność?
- Hm... Każdy chce żyć.


Poniedziałek 01.55

Budynek wyglądał na stary opuszczony magazyn. W powietrzu unosił się zapach proszku do prania i jakiegoś środka dezynfekcyjnego. Najwyraźniej była tu kiedyś hurtownia. Krąg reflektorów oświetlał środek sali. Stały tam cztery konsole NEC-a, tak na oko modele sprzed miesiąca. Trochę podobne do Vikingów IBM-a, ale solidniejsze i w ładnej kolorystyce, stylizowanej na ubiegłoroczny klasyczny model TravelStar. Do tego podwieszane hełmy OSA rzucające obraz prosto na siatkówkę, aktywne kombinezony Nintendo, chromowane poręcze i prawdziwa skórzana uprząż. Krótko mówiąc nieprzeciętny bajer na światowym poziomie. Maszyną serwującą był stary, poczciwy Genesis, ale jedno jest pewne - gdybym miał tyle dopalaczy co on, poleciałbym w kosmos w kąpielówkach i bez asekuracji. Nitki światłowodów wypełzały spod obudowy i biegły w mrok pomieszczenia. Z ciemności dobiegały ciche rozmowy i brzęk szkła. Widownia - pomyślałem.
Minęliśmy konsole, nie zwracając uwagi na krzątających się przy nich techników. Wszyscy w bawełnianych kominiarkach. Pełna anonimowość. Jeden z goryli pchnął mnie kolbą w stronę uchylonych drzwi.
- Może trochę ostrożniej. Szef chciałby, żebym był w formie.
- Zamknij się! Już jesteś trupem. Nie postawiłbym na ciebie nawet setki.
- Może jednak spróbuj. - Wyciągnąłem z kieszeni plik banknotów i podałem do tyłu. - Tylko podziel się wygraną.
- Jesteś pieprznięty! - Chwycił pieniądze i zaśmiał się idiotycznie. - Kupię ci kwiatki na grób.
Weszliśmy do małej klitki. Facet stojący w środku przyglądał mi się z ciekawością. Wskazał krzesło. Usiadłem.
- Musimy cię przygotować.
Zabrzęczała elektryczna maszynka. Wprawnym ruchem wygolił mi włosy. Długi pas przez środek i dwa placki, po jednym nad każdą skronią.
- Trody? - Spytałem krztusząc się własnymi kłakami.
- Nie. Hełmy są przerobione na styki bezpośrednie.
- W takim razie leć po całości. Nie chcę wyglądać jak małpa.
- Elegant! - Parsknęli śmiechem, ale wkrótce maszynka dokończyła dzieła. Przejechałem dłonią po głowie. Gładko. Jak pupa niemowlaka.
- Jak wyglądam?
- Jak jajco!
Ich śmiech słychać było jeszcze długo po tym jak wyszli zatrzaskując za sobą drzwi. Z mojej strony nie było klamki. Wstałem i rozejrzałem się po pokoju. Żadnych okien. Nic. Gołe ściany i krzesło. I żarówka zabezpieczona drucianym kloszem. A za ścianą najnowocześniejszy sprzęt, i dwóch takich straceńców jak ja, nie licząc Magnusa. W pale się nie mieści w co wdepnąłem. Gdybym miał włosy, stanęłyby dęba. Dopiero teraz dotarło do mnie to co mówił ten stary w samochodzie. Nielegalna liga, zakłady. Półświatek polityków, gangsterów i zwykłych wykolejeńców. Mafia wirtualnych światów. Za chwilę, ku uciesze zwyrodniałych, bogatych zasrańców będę grał o własne życie. Jeden fałszywy ruch i elektryczny impuls wysmaży mi mózg. Pięknie. Kurwa... pięknie!


Deathmatch

Zapinając suwak kombinezonu zachwiałem się na ruchomym chodniku konsoli. Czyjaś ręka podtrzymała mnie, druga podsunęła garść prochów.
- Może chcesz się wzmocnić?
- Spieprzaj, nie biorę! - Warknąłem regulując uprząż. Po chwili założyli mi hełm całkowicie izolując od otoczenia. Cisza. Ciemno. Namacałem deskę rozdzielczą. Błysnął obraz kontrolny. Ustawiłem automatyczne dostrajanie. Potem krótka manualna korekta. Zatrzeszczały słuchawki. „Jedynka! Jedynka odezwij się." Elektryczny impuls przeleciał po czaszce. Wrzasnąłem. „Teraz lepiej? Do ciebie mówię. Konfiguruj się"
Menu. Customize. Seria komend konsoli. Potwierdzenie. Gotowe! „Dobra, sprawdzaj. Dostajesz 30 sekund DM4. Jazda!" Runąłem na posadzkę. Ból w kolanach. Zahaczyłem o ścianę, ramię zdrętwiało na krótką chwilę Jezu jakie to realne! Przez chwilę stałem i podziwiałem znajomy poziom. Przyjemne ciepło biło od jeziorka lawy. Kilka kroków, podskok. Ostry bieg po gwoździowiec. .Krótka seria po ścianach. Dla rozgrzewki. OK. Wszystko gra, nie może być lepiej. „Dobra koniec! Zaraz zaczynacie." Ciemność i ścisk w gardle. Strach? Tak. Uderzył i sparaliżował mięśnie, oblał potem. Na krawędzi wzroku zaświeciły cyfry. 5... 4... Drżenie nóg. 3...Idiotyczne, uporczywe swędzenie karku. 2... Boże! 1... Aaaaaaghrrr... Poooszłoooo!

Wylądowałem po kolana w wodzie. W nikłym blasku pochodni zauważyłem schody. Na wskaźniku 0, 100 i 20 sztuk amunicji. Runąłem w górę. Kilka stopni. Niski korytarz skręcał łagodnie, prowadził na wąska galeryjkę. Plątanina wielopoziomowych kładek. Apteczki! Dwie, nie - trzy. Trzeba to zapamiętać, ale teraz najważniejsza jest broń. Jakakolwiek! Rzut oka na dół. Mała salka, ze studzienką, wypełniona kilkoma magazynkami gwoździ. Po lewej stronie drzwi, po prawej schody w dół. Zbroja! Wciśnięta w kąt, prawie niewidoczna. Jednym skokiem dopadłem do niej i... ugiąłem się pod ciężarem. Cholera! Spowalnia ruchy.
Biegłem w stronę studni, kiedy w drzwiach pojawił się Niebieski. Nie spodziewał się mnie i strzelił zbyt późno. Skoczyłem. Warkocz rakiety przemknął nad moją głową. Kiedy eksplodowała byłem już na dole. Wiedziałem, że mam góra trzy sekundy zanim znowu wsiądzie mi na plecy. Do drzwi nie zdążę. Rzuciłem się w stronę cienia - tyłem, trochę na wyczucie - nie spuszczając wzroku z wylotu studni. Los dał mi więcej czasu. Kanonada na górze świadczyła o tym, że Niebieski ma własne kłopoty. Jazgot gwoździowca przetykany wybuchami rakiet. Wrzask! Jeden, drugi... Ktoś nieźle obrywa. Nagle w półmroku, w małej, lekko oświetlonej niszy ujrzałem granatnik. Złapałem go dokładnie w chwili, gdy z wylotu studni wypadł Żółty. Krótkimi seriami ostrzeliwał górę. Nie zauważył mnie. W pełnym biegu posłałem mu dwa granaty. Jeden odbił się od ściany i wylądował na jego piersiach. Głuchej eksplozji i trzasku rozrywanego mięcha nie da się porównać z niczym innym. Gdzieś w odległej rzeczywistości, rozszalałe elektrony spopieliły czyjś mózg. Tutaj jedynie krwawe strzępy ubabrały ściany. Odruchowo złapałem plecaczek i jego broń. Przeskoczyłem nad zwłokami i pognałem w stronę drzwi. Niebieski wie co się stało - jeśli nie jest zbyt osłabiony zaraz powinien się pojawić. Bałem się jego rakiet. W tym małym pomieszczeniu mogłyby zrobić niezłe piekło. Dla pewności przeskakując próg posłałem za siebie granaty. Najważniejsze to ciągle być w ruchu, nieustannie zmieniać pozycję. Tego uczą w Lidze i... w wojsku. I tu, i tam niejednemu ocaliło to tyłek.
Znalazłem się w grocie oświetlonej pochodniami. Od surowych kamiennych ścian biło chłodem. Chodnik rozwidlał się i ginął w mroku. Na środku szemrała woda. Chwilę myślałem aby rzucić się w jej odmęty, ale nie - lepiej spenetrować korytarze. Skierowałem się w lewo. Korytarz przechodząc w tunel łagodnie skręcał - zamykała go walcowata wnęka. W jej ścianach za kratą błysnął Quad demage. Powyżej, symetralnie po obu stronach dwa przyciski płonęły czerwienią. Shotgun wypalił. Raz! Drugi! Zła kombinacja! Sufit ze zgrzytem runął w dół. Odskoczyłem w ostatniej chwili - przewróciłem się na plecy. Rany! Tu się można przewrócić! Odbiłem się od ziemi jak piłka gdy za ścianą strzeliło wyładowanie. Ryk przypiekanego człowieka. Piorun! Ulubiona broń Magnusa. Nie chciałbym spotkać go teraz z jednym granatem i paroma gwoździkami. Pobiegłem w prawo. To była zwykła ucieczka. Kilka szarych pakunków ze szczękiem załadowało magazynek gwoździowca. 200. Komplet! Gorzej ze zdrówkiem - tylko 75.
Z każdym krokiem robiło się cieplej. Nagle droga skończyła się przepaścią. Lawa! Olbrzymie jezioro lawy - kilka metrów pode mną. Na wprost nad rozgrzanym oceanem, utrzymywany niewidoczną siłą unosił się teleport. Żar odpychał od tej jedynej drogi, ale dźwięk za plecami rozwiał jakiekolwiek wątpliwości. Szybko mnie znalazł. Za szybko. Przeładowana broń wypluła w moje plecy serię stalowych żądeł. Boleśnie szarpnęło całym ciałem. Tak wygląda śmierć! Ostatkiem sił odbiłem się do szalonego skoku. Poszybowałem w drgających oparach gorąca. Portal przyjął moje skatowane ciało chłodem i obojętnością - przeniósł do olbrzymiej hali. Wprost na windę po brzegi wyładowaną apteczkami.
Pokrzepiony wjechałem na górę. W dole trzasnął teleport. Miałem gościa. Czarny! Jest cały czarny. Jak sam diabeł! Rozejrzał się nerwowo i pognał do najbliższej apteczki. Posłałem za nim dwa granaty. Odpowiedział rakietą. Podmuch wybuchu rzucił mnie o ścianę i to wystarczyło abym stracił go z oczu. Ostrożnie zsuwałem się w dół. Mógł ukryć się w każdym ciemnym zakątku. I rzeczywiście zrobił to. Wyprysnął z cienia, kiedy znalazłem się na dole. Jęzor błyskawicy minął mnie o włos. W odpowiedzi eksplodowały dwa moje granaty. Ale on był już w przeciwległym rogu. Ohydnie kamperzył gdzieś w ciemności. Puściłem długą serię. Jęknął. Wymacałem drania! Wsiadłem mu na plecy kiedy wiał w stronę najbliższych drzwi. Teraz ja byłem górą. W biegu obaj przeskoczyliśmy zwłoki Niebieskiego. A więc zostaliśmy tylko my dwaj. Opóźniał pościg rakietami, ale ja prułem z gwoździowca nie rezygnując. Zygzakował, kręcił piruety. Skoro ucieka musi być bardzo słaby. Pewność omal mnie nie zgubiła.
Rakieta wbiła się w moją pierś, a potworny ból rzucił na kolana. Wskaźnik zapłonął czerwienią. Poziom krytyczny. Miał mnie teraz jak na talerzu! Czekałem na ostateczny cios. Nie nadszedł. Czarny rozpłynął się w plątaninie korytarzy.
Długo nie mogliśmy się odnaleźć. Czasem tylko słyszeliśmy swoje kroki, dudniące dalekim echem. Zebrałem wszystkie możliwe graty. Sądząc po odgłosach on także. Wzajemne wyczekiwanie męczy bardziej niż bezpośrednie starcie. Niepotrzebnie rozluźnia i przytępia zmysły. Prawie na niego wpadłem. Biegł w stronę teleportu - nie widział mnie. Z całej siły powstrzymywałem się by nie strzelić. Liczyłem jego kroki. Runąłem za nim w chwili gdy znikał w iskrzącoczarnej mozaice. Potworny trzask! Przeciągły zgrzyt połączony z uczuciem przedzierania się przez gąszcz. Niewidoczne gałęzie łapały i zatrzymywały. Telefrag!!! Przez chwilę mój umysł zalała fala nienawiści, obłędu i zwierzęcej chęci mordu. Jego myśli. I to był koniec.


Epilog

Tak otworzyła się brama mojego własnego piekła. Wiem, że to co robię jest złe, ale nie chcę - nie umiem się temu przeciwstawić. W Czarnej Lidze gram od trzech miesięcy. Niektórzy twierdzą że to długo. Za długo! Nie piszcie już na mój adres - nie mam adresu. Nie mam domu. Nigdy mnie nie spotkacie. Mój świat jest gdzie indziej. Taniec śmierci wciąga bez reszty. Nikt kto tego nie przeżył nie zrozumie. Dzisiaj wiem tylko jedno. Nie umiałbym żyć inaczej i nie chciałbym inaczej umrzeć!


Text © Copyright 1997 Krzysztof Arkuszewski
Page layout & design © Copyright 1996-1997 Piotr Marek, Jr.